niedziela, 2 sierpnia 2015

Idziemy na jagody

Wykorzystując dobrą pogodę wybrałam się na jagody. Krótki spacer do najbliższego lasu a następnie wyszukanie odpowiedniego miejsca. W 2,5 godziny udało mi się zebrać prawie 4 litry małych fioletowych kulek. Miałam okazję pobyć sama, nasłuchując głosów lasu. Tam ptaszek zaśpiewa, tutaj wiat zaszumi w koronach drzew a pod stopą złamie się sucha gałąź. Cicho i błogo. W głowie gonitwa myśli. Ile posiadam wspomnień z wypraw na jagody? Kiedy był pierwszy raz a kiedy byłam ostatnio?  Uśmiecham się sama do siebie, przeskakując od wspomnienia do wspomnienia.
Pierwsze migawki ze zbierania jagód to rodzinne wypady do lasu. Siostra i mama zbierają jagody, ja z tatą idę na grzyby a brat biega z kijem w ręku udając rycerza. Gdy wracaliśmy z grzybów chwilę zbieraliśmy jagody razem, najczęściej w mały słoik, który potem zawoziliśmy do babci i dziadka. Tata dodatkowo zrywał kilka gałązek z ładniejszymi jagodami, aby dziadkowie mogli sami oberwać fioletowe kulki. Ten rytuał powtarzany być co roku tak długo jak babcia i dziadek byli z nami.
W szkole średniej spędzałam każde wakacje w lesie. Z siostrą zbierałyśmy jagody, które następnie oddawałyśmy do piekarni, w ten sposób miałyśmy pieniądze na wakacyjne wydatki lub ekstra ciuchy. Poranne pobudki, śniadanie na polanie i długie pogaduchy o wszystkim i niczym.
Na studiach wybrałam się na jagody do Szwecji. Codziennie przez ponad miesiąc wychodziliśmy do lasu. Jagody śniły mi się po nocach. Był to też ostatni raz jak zbierałam jagody zarobkowo.
W następnych latach jeździłam na jagody wyłącznie rekreacyjnie, aby zebrać trochę na zimowe zapasy.

Pojemniki pełne, można wracać do domu. Tam czeka mnie ich czyszczenie *jak ja tego nie lubię robić* i najlepsza nagroda na świecie.  Jagody z cukrem. Pycha.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz